Ile razy mówiłeś/-łaś sobie, że to ten rok? Że teraz to już na pewno ogarnę, co nieogarnięte? Schudnę, nauczę się języka, zmienię pracę, zakończę związek, który od dawna nie rokuje i jest toksyczny. Nieważne czego dotyczył temat – nowy rok zawsze był dobrym momentem na zrobienie porządków, bo to przecież carte blanche, którą można zapisywać od zera…
Niestety, zero było najczęstszym wynikiem wszystkich tych postanowień. Myślę o sobie, choć wiem, że osób z „syndromem noworocznym” jest wiele. Miało być pięknie, a wyszło jak zawsze. Dlaczego? Bo „zawsze, kurwa, coś…”.
Czasem ten COŚ jest od nas niezależny – jak na przykład, w roku 2019, kiedy razem z moją przyjaciółką spisaliśmy sobie 50 punktów, które chcielibyśmy zrealizować. Niekoniecznie wszystkie naraz, ale tyle, ile się uda. Na listach były koncerty, wyjazdy, projekty związane ze współpracami i szereg innych rzeczy, które wymagały tylko naszego zaangażowania.
Zapakowaliśmy je do czerwonych kopert (takie akurat zostały mi po pakietach urodzinowych), pełni ciekawości, co z listy zostanie zrealizowane i wykreślone pod koniec roku. Wtedy pojawiło się owe COŚ – w postaci pandemii. Cokolwiek ktokolwiek myśli na jej temat, koncerty zostały odwołane, wyjazdy były utrudnione, utknęliśmy w domach i większość naszych postanowień poszła się grzebać.
Od tamtej pory nie planuję długofalowo. Zwłaszcza noworoczne. Po pierwsze – cholera wie, co będzie jutro, więc nie ma co wybiegać w przyszłość za daleko. Po wtóre – skoro nowy rok jest dobrym momentem do startu, a jednak często wychodzi z tego wielkie G, to chyba każdy inny moment też się nada, żeby ruszyć z posad bryłę świata…
Jasne, że mam jakieś założenia. Zarys tego, czego bym chciał. Niemniej, już nie tworzę sobie presji. Po prostu, robię – we własnym tempie i z odpowiednią częstotliwością. Nowy rok nadal traktuję jak białą kartę, gotową do zapisania ale nie mam już ciśnień, by „robić notatki” co tydzień.
Jednym z punktów było uruchomienie strony internetowej, gdzie będę mógł wyeksponować moje portfolio i publikować na bieżąco. Może nie jest doskonała, ale JEST.
O, właśnie! Doskonałość i perfekcjonizm są przereklamowane! Serio! Choć pozornie dobre, spalały mnie od środka. Robiłem coś naprawdę dobrze, a mimo to, wciąż chciałem lepiej i lepiej i lepiej – tracąc czas i energię. Miało być idealnie i pod linijkę. Zamiast 100% – 1500%.
Nadal uważam, że jakość ma znaczenie, ale wiem też, że nikomu nie muszę już niczego udowadniać, bo jestem gwarancją tej jakości.
Jedyne postanowienie jakie mogę mieć w tym roku, to poukładanie sobie wszystkich elementów życia, w dobrze funkcjonującą całość. I – jakkolwiek pompatycznie to nie zabrzmi, działanie zawsze w zgodzie ze sobą.
Tymczasem, życzę Wam udanego nie tak już nowego roku 🙂
Zróbcie z nim co chcecie – byle się nie zmarnował.
